Urząd tylko dla dorosłych

zdjecie ilustracyjne
zdjecie ilustracyjne Fot. Shutterstock
Instytucje publiczne to takie specyficzne miejsca, gdzie najtrudniej o zmiany mentalne – zawsze przecież można stwierdzić, że zmiana jest potrzebna i zrozumiała, ale przepisy nie pozwalają. Rozmowy z urzędnikiem przez szybę i na stojąco mają budować respekt wobec władzy (bo czemu innemu służą?), ale jakie standardy obowiązują wobec dzieci? One przychodzą z rodzicami, ale czy muszą dostosować się do tychże standardów?

Wrocławski urząd miasta, dzień jak każdy. Wchodzę wraz z żoną do tzw. Centrum Obsług Mieszkańca, dostrzegam dobrze mi znany obrazek – masa oczekujących ludzi, kilka czynnych okienek i bezlitosny automat do wydawania numerów kolejkowych. Z nadzieją, że 11-miesięczne dziecko weźmie urzędników na litość, pytam o możliwość załatwienia sprawy bez kolejki. Odpowiedź skazuje mnie na czekanie aż 25 osób przede mną załatwi swoją sprawę, trudno ocenić czas oczekiwania. Na szczęście jestem z żoną, oboje rodziców jest potrzebnych osobiście do złożenia wniosku o dowód osobisty dla dziecka (przydatny m.in. w podróży lotniczej), dzięki czemu zabawiamy dziecko na zmianę. Szybko jednak stajemy się nudni, zaczyna się płacz, a praktycznie cała sala oczekujących osób skupia na nas wzrok.



No cóż łatwo nie będzie, jeszcze 16 osób w kolejce. Nadal patrzą, nie muszą nic mówić, wiem że mam uciszyć córkę – tylko jak? Wybieramy opcję karmienie – tylko gdzie? Ponoć w urzędzie jest takie miejsce, zaczynamy szukać według otrzymanych wskazówek, na przeciwległym końcu budynku względem sali obsługi jest toaleta dla niepełnosprawnych i tam (co nie jest wyjątkiem) znajdziemy udogodnienia dla matek z dzieckiem. Zaczynamy podróż, różnice poziomów pokonujemy imitacją windy (platforma hydrauliczna?), sztukę tę powtarzamy jeszcze raz, a kolejne dwa w drodze powrotnej. Nikt nie mówił, że toalety muszą być w łatwo (i szybko) dostępnym miejscu, pewnie powinienem tę podróż odpowiednio wcześniej zaplanować.

Imitacja pokoju dla matki z dzieckiem to wspomniana już toaleta dla niepełnosprawnych i plastikowy przewijak zamontowany na ścianie, który opuszcza się jak deskę. Cieszymy się, że w ogóle jest – nie zmienia to jednak faktu, że żona karmi córkę siedząc na toalecie (zamkniętej, spokojnie). Absolutnie nie jestem zwolennikiem karmienia dzieci na widoku w restauracjach i innych miejscach publicznych, ale nawet mnie obrzydza fakt karmienia na toalecie, nawet czystej. Mamy jednak chwilę spokoju, tej toalety nie znajdzie żaden niepełnosprawny, więc nikt nerwowo nie łapie za klamkę czekając w kolejce.

Wracamy na salę, minęło już kilka numerów i zaraz będziemy mogli złożyć wniosek o dowód osobisty. Widząc jak długo czekamy, urzędnik który wcześniej kazał stać nam w kolejce, zapytał się, czy nie chcemy podejść szybciej? Naprawdę, nie rozumiem czasem tych zasad, co się zmieniło od tamtej chwili? Jedynie godzina, bo upłynęło już ponad 60 minut. Coś jeszcze? Pogoda? Nastrój? Irytacja dość duża, bo nie oczekuję wsparcia i użalania się na każdym kroku, ale jasnych i przejrzystych zasad.

Idąc z dzieckiem do tego typu instytucji, a już na pewno idąc do urzędu, oczekiwałbym konkretnych procedur, których stosowanie jest jednolite we wszystkich tego typu placówkach. To nie jest mój wymysł, że przychodzę z dzieckiem (skoro oboje rodziców musi złożyć wniosek, to niemowlak raczej nie poczeka sam w domu), nie chcę z nim czekać godzinę, bo się męczy, ale nie będę też wydłużać kolejki. Nie chcę również innym czekającym zapewniać wątpliwych wrażeń akustycznych, ale przecież dziecko ma prawo wyrazić swoje niezadowolenie z pobytu w urzędzie. Czyli to, czego rodzice głośno nie powiedzą...

Miasta niby chcą zadbać o nas – młodych - włączają się też w politykę prorodzinną i oferują zniżki 5% na zakupy u jubilera dla rodzin wielodzietnych. Młodzi jednak nie takiej pomocy oczekują - nie takiej jakości usług i ja oczekuję jako rodzic. Dużo więcej można załatwić bezkosztowo, upraszczając procedury, skracając pobyt w urzędzie do minimum, zapewniając darmowe miejsce do parkowania, umożliwiając nakarmienie dziecka w warunkach przyjemnych i naprawdę coraz częściej spotykanych w XXI wieku (choćby w niektórych centrach handlowych). Tyle bym chciał, pewnie zbyt wiele, a według mnie tylko tyle…
Trwa ładowanie komentarzy...